Jeřáb, Slunečná, Lázek. Trasa, opis i ciekawostki. Czeskie ostatki w "Koronie Sudetów"
- Piotr Piotrowski

- 17 godzin temu
- 8 minut(y) czytania
Te niewielkie szczyty w środkowo – wschodnich Sudetach (Morawy) zdobyliśmy w listopadowy, długi weekend. Dla mojej żony były to trzy ostatnie z 22 gór w ramach "Korony Sudetów". Na bazę wybraliśmy słynące z egzekucji "czarownic" miasteczko Šumperk. Na północnym zachodzie Moraw czekał na nas Jeřáb (1003 m n.p.m.) - najwyższy szczyt Gór Hanuszowickich, z drugiej strony - Slunečná (802 m n.p.m.) - najwyższe wzniesienie Niskiego Jesionika. A na koniec, w drodze powrotnej – weszliśmy na Lázek (714 m n. p. m.) - najwyższy szczyt masywu Wyżyna Zabrzeska. Mieliśmy na to cztery dni. Wystarczająco aby zaliczyć te niezbyt wymagające górki i zobaczyć najciekawsze miejsca okolicy.
Niestety, na żadnym z nich nie było jakiś boskich widoków, bo zarówno Jeřáb jak i Slunečná są zadrzewione. Lázek miałby szansę na pochwałę, gdyby czynna była stojąca na nim wieża. Niestety, zamknięto ją kilka lat temu, podobnie jak schronisko. Wielka szkoda. Ale to nie jedyne rozczarowanie.
Na szczycie żadnej z tych gór nie znajdziecie też skrzynki z pamiątkowymi pieczątkami , które przecież zdobywcy odznaki Korony Sudetów chcieliby sobie przybić do swojej książeczki. Wyjątkiem jest Jeřáb , ale tu pieczątkę uzyskacie w pobliskim klasztorze, gdy otwarty jest w nim punkt informacji turystycznej.
W tej sytuacji na dowód zdobycia tej morawskiej trójki zostaje dokumentacja fotograficzna. Ustawiamy się pod tabliczką z nazwą szczytu, cyk i temat odfajkowany. Podobnie jak te trzy, nudne szlaki na te chyba najmniej ciekawe z 22 szczytów Korony Sudetów.
Żona, od lat zapalona góralka tłumaczyła mi, że po to wymyślono tę odznakę, aby turyści zdobywali te mało interesujące szczyty. Jest w tym sens, jest w tym logika. Dla nas najważniejsze było to, że przez listopadowy weekend łącznie zrobiliśmy około 20 km spaceru, licząc bonusy, które mocno urozmaiciły wypady na nudne szlaki górskie: wycieczkę wokół jednego z najpiękniejszych zamków Czech – w Bouzov i spacery po okolicznych miasteczkach na Morawach.
Mleczna droga na Morawach
Szczyty nie oferowały nic ciekawego, po prostu trzeba było je "odfajkować". Dlaczego warto było listopadowy wypad na Morawy okrasić pięknymi , czeskimi zamkami i kilkoma innymi atrakcjami tej części Czech. Za to magii naszej wędrówce dodawała listopadowa aura – mgła, totalnie zachmurzone niebo i zupełny brak turystów na szlaku. W scenerii rodem z dobrego horroru czekały nas czarownice, bunkry i klimatyczny, barokowy klasztor.
Miasto czarownic i wiedeńskich kamienic
Jak już wspomniałem, na bazę wypadową wybraliśmy Šumperk. To największe miasto w krainie Jesioników (pasma gór Sudetów Wschodnich). Ma około 27 tysiące mieszkańców, a więc jest wielkości mojego rodzinnego Żagania. I choć nie ma takich skarbów architektury jak Żagański Pałac Kultury czy Opactwo Poaugustiańskie z unikatową biblioteką, to warto spędzić tutaj choćby weekend.
Historia Šumperku sięga drugiej połowy XIII w. Założyli go Niemcy, nazywając "piękną górą" (Schönberg). Od tego słowa powstała, w wyniku zniekształcenia, nazwa Šumperk. Po 1946 roku większość Niemców opuściła miasto, w ramach przesiedleń. Ich domy zajęli Czesi.
Jego mroczna historia wiąże się z paleniem niewinnych osób, oskarżonych o czary. "Polowanie na czarownice" trwało w najlepsze, w drugiej połowie XVII wieku. Zresztą, miasto i jego mieszkańcy nie mieli "lekko" również ani wcześniej ani później . Spora jego część spłonęła w pierwszym, ogromnym pożarze, w 1513 roku.
Kolejny miał miejsce w 1669 roku , gdy żona burmistrza – Justyna - przygotowywała dla niego potrawę. Podczas smażenia masło zapaliło się na patelni, którą Justyna wyrzuciła przez okno – i w ten sposób nieumyślnie podpaliła gontowy dach sąsiedniego domu... Silny wiatr z Jesioników rozdmuchał płomienie po całym mieście! Ów nierozważna Justyna zamiast być przeklinana do dziś przez mieszkańców, doczekała się swojego święta. Jest ono celebrowane 7 października każdego roku. Ogromny pożar strawił blisko 250 domów.
Morawski Manchester i Mały Wiedeń
Šumperk nie oszczędziły nie tylko wojny i pożary, ale i epidemia dżumy, pustosząca Europę w I połowie XVIII wieku. Potem nastały złote czasy dla miasta. W II połowie XVIII przemysł włókienniczy rozwinął się do tego stopnia, że Šumperk nazywano morawskim „Manchesterem” w ówczesnym Cesarstwie Austrii. W 1785 roku w mieście powstała manufaktura Klapperotha - pierwsza w monarchii fabryka produkująca manczester. Tekstylny biznes przełożył się na zamożność mieszkańców, których stać było na budowę pałacyków i kamienic na wzór tych, w Wiedniu.
Projektowali je oczywiście, najlepsi wiedeńscy architekci. Stąd też miasto było nazywane "Małym Wiedniem". I choć wielu turystów dziś uważa to za przesadę, uważam, że zwłaszcza wieczorami przechadzając się wybrukowanymi uliczkami wśród stylowych kamieniczek, czuć ten "Wiedeń". Sumperk to nie tylko ciekawa historia i zabytki, ale i bohaterzy.
Barokowy klasztor i Góra Matki Bożej
W drodze do Sumperku weszliśmy na pierwszy ze szczytów - Jeráb (1003 m n.p.m.) - najwyższą z Gór Hanusovickich. Auto zostawiliśmy przy klasztorze na nieco niższym szczycie – Góre Matki Bożej (Hora Matky Boží) - niedaleko miejscowości Králíky. Po drodze było tyle atrakcji, że szlak na hanuszowicki szczyt nie okazał się aż taki nudny.
Jest tam bezpłatny parking, toaleta no i świątynia z początku XVIII w. - barokowa perełka niezwykle klimatyczna tej listopadowej, mglistej, górskiej scenerii. Dla turystów i pielgrzymów jest to nie tylko ważne miejsce kultu religijnego, ale również punkt widokowy, z którego można podziwiać rozległe panoramy okolicy, w tym masyw Śnieżnika. Gdy przyjechaliśmy, obiekt był zamknięty dla turystów, ale jeśli przyjedziecie w porze, w której udostępniany jest dla wiernych , koniecznie zobaczcie Kaplicę Świętych Schodów z repliką schodów z zamku Antonia w Jerozolimie, gdzie według tradycji chrześcijańskiej Jezus Chrystus, ukoronowany cierniem, kroczył na sąd przed Piłatem.
Ścieżką w bok
W okolicy klasztoru pobiegłem w tej ogromnej mgle do Posągu Obserwatora, często nazywanego Rycerzem z Franta. To kamienna rzeźba o wysokości około 5 metrów autorstwa rzeźbiarza Karla Emila Wiele. Znajduje się na północnym szczycie Mariánského vrchu (766 m n.p.m.) nad miastem Králíky. Roztacza się z niego spektakularny widok na miasto, choć ze względu na mgłę – mi nie dane było się nim rozkoszować. Za to spowity mgłą Obserwator zrobił na mnie duże wrażenie.
Cmentarz i bunkry
Zawracając ze ścieżki do głównej trasy, po lewej stronie natknęliśmy się jeszcze na inne ciekawe miejsca - różnorodne bunkry i umocnienia, powstałe w latach 30. XX w., aby chronić region przed atakami III Rzeszy.
Co ciekawe, ten rejon Moraw był najsilniej ufortyfikowanym terenem Republiki Czechosłowackiej w latach 1935-1938 zbudowano ponad 50 ciężkich schronów wraz z kompletnym podziemiem trzech artyleryjskich grup warownych. Na nic się zdały, bo ten region Czech został oddany Hitlerowi bez walki. Za to Niemcy wykorzystywali je jako poligon do swoich operacji.
Jest tu też klimatyczny, stary cmentarz z nagrobkami z XIX wieku. Stylowe nagrobki i krzyże w listopadowej mgle stworzyły niesamowity klimat grozy.
Jeřáb spowity mgłą
Zaczęliśmy od wejścia na Jeráb (1003 m n.p.m.), najwyższy szczyt Gór Hanuszowickich. Auto zapakowaliśmy przy klasztorze w pobliżu miejscowości przygranicznej Králíky. Pochmurny, mglisty dzień, dziewiętnastowieczny cmentarz i świątynia, tworzyły niespotykany klimat.
Tym bardziej, wokół nie było nikogo. Po skorzystaniu z bezpłatnej toalety przy parkingu, ruszyliśmy niebieskim szlakiem (ok. 3 km w jedną stronę, ok. 50 minut drogi) asfaltową drogą na Jeráb w aurze rodem z najlepszych horrorów: silna mgła, ledwo widoczne drzewa bez liści, w oddali klasztor i pasące się na polanie konie.
Do tego cisza i brak ludzi. Jak się później okazało, byliśmy jedynymi turystami na szlaku! Tak, tak! Klimat "creespy" potęgował się z każdą minutą, gdy z odsłoniętej polany weszliśmy z bujny las.
Po minięciu zabudowa, kierując się żółtym szlakiem, idziemy dalej asfaltową, nieco zniszczoną już dróżką. Pokrywa się ona z trasą rowerową na pobliskie wzgórze Val (790 m). W oddali widzimy pasące się na polanie konie i zarys klasztoru. Mijamy wieżę widokową i kapliczkę z ikoną Matki Bożej.
Po paruset metrach, od krzyżówki szlaków żółtego z niebieskim, wchodzimy na leśną drogę. Przedzierając się przez krzaczory i błoto, omijamy ścięte gałęzie i konary, które nie wiedząc czemu blokują główny trakt.
Mija godzina spaceru, gdy skręcamy w lewo, w bardziej stromą ścieżkę. Mijamy rzeczkę Cicha Orlica ze studzienką i tablicą informacyjną. Szczyt zalesiony, więc tabliczka z jego nazwą zawieszono na drzewie. Chwila odpoczynku, łyk kawy i powrót. W sumie cała wycieczka trwała około 3 godzin.
W skrzynce zamiast pieczątki, jest księga z miejscem wpisania się „na szczycie góry” ,dlatego jeśli nie znajdziemy jej w klasztorze, zostaje nam dokumentacja fotograficzna.


Kolejny szczyt w Koronie Sudetów zdobyty. A właściwie – odhaczony. Wracamy do hotelu. Wygodne łoże czeka na nas. No jeszcze tylko smaczny obiad z mięskiem i knedlikami w restauracji Shrek a potem bramburki z kofolą na podwieczorek i lulu. Nogi muszą odpocząć na kolejną morawską wędrówkę i szczyt Sudetów – Slunečná.
Słoneczna (Slunečná) bez słońca
Słoneczną , bo tak po polsku brzmi nazwa tego najwyższego wzniesienia masywu Niski Jesionik (o wysokości 802 m n.p.m.) słońce nie wyszło do nas spoza chmur. Za to mgła była jeszcze silniejsza, niż dzień wcześniej.
Auto zostawiamy przy nieczynnej obecnie restauracji Motorestem Slunečná we wsi Dětřichov nad Bystřicí. To najlepsze miejsce startowe na Słoneczną. Z parkingu widzimy już tabliczkę z czerwonym szlakiem. Mijamy wiejskie, raczej skromne i stare domy. Mgła nie daje się rozkoszować górskimi krajobrazami. Dalej idziemy asfaltową, poszczerbioną ścieżką. Wokoło wysokie trawy i wykarczowany las.


Tak idziemy aż do skrzyżowania dróg, po czym skręcamy w ścieżkę, wśród przerzedzonych już buków. Szczyt łatwo można byłoby przegapić, gdyby nie to, że stoi na nim wysoki nadajnik pomalowany w biało-czerwonych kolorach, chata i tablica informacyjna.



Po chwili odnajdujemy drzewo, na którym jest tabliczka z Sluzecną. Idziemy jeszcze dwieście metrów asfaltem w lewo, bo małżonka nie jest pewna, czy to akurat najwyższy punkt góry. Chyba jest, bo dalej już duże zarośla a trakt opada w dół. Wracamy się więc, aby zrobić z tabliczką na drzewie i nadajnikiem w tle. Powrót zajmuje nam jeszcze mniej, niż wejście. Jak to mówi się w siatkarskim żargonie – godzinę z prysznicem.


Było dopiero południe, więc trzeba więc postanowiliśmy pobuszować po tej części Moraw. W planie – dwa zamki, obiad i wieczorny spacer po Šumperku.
Majestatycznie ulokowany na wzgórzu zamek w Šternberku – starym miasteczku niedaleko Ołomuńca - obeszliśmy z każdej strony miasta, w poszukiwaniu smacznej, czeskiej kuchni.
Znaleźliśmy ją w restauracji EXPEDICE, gdzie zadowoliliśmy się "silnym wywarem z zieleniny" , a więc takim czeskim rosołem oraz grillowanym stekiem z karkówki, z "farmerskimi" bramborami (ziemniakami) , jajkiem i sosem tatarskim. Do tego piwko i sok. Razem około 600 koron czeskich. Smacznie i tanio. A deser polecamy w kawiarni NAMISTE.
Spacer wokół kolejnego zamku – w Bouzov – zajął nam dłużej czasu, wszak to jedna z najpiękniejszych tego typu budowli w Czechach. Nie bez powodu bajeczna forteca z licznymi wieżami tworzyło tło czeskich baśni i włoskiej opowieści o księżniczce Fantaghiro.
Obecny kształt zamku to XIX-wieczna wizja arcyksięcia Eugeniusza Habsburga, wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego, który sfinansował przebudowę dawnej morawskiej warowni ze swoich pieniędzy. W środku warto zobaczyć kaplica z gotyckim ołtarzem, zdobiona kamieniami nagrobnymi mistrzów zakonu z lat 1395-1515. Ciekawa jest też kolekcja w zbrojowni, w oryginalnej sali gotyckiej w starej części zamku. Ale budowla robi wrażenie przede wszystkim z zewnątrz.
Lázek, czyli bułka z masłem
Ostatnim punktem naszej wyprawy po Morawach był trzeci ze szczytów tej części Sudetów - Lázek (714 m n. p. m.). Wejście na najwyższy szczyt masywu Wyżyna Zabrzeska zajęło nam jeszcze mniej czasu, niż na dwa poprzednie. "Zdobyliśmy" go w drodze powrotnej do naszego rodzinnego Żagania.
Wystartowaliśmy z miejscowości o nazwie Cotkytle. Przy tablicy informacyjnej jest niewielki parking, na którym zostawiliśmy auto. Wejście na szczyt zajęło nam kwadrans. Trudno to było nazwa górską eskapadą. Za to nie było już mgły a i słońce nieśmiało przebijało się za chmur. Naszą ciekawość wzbudziły obiekty na szczycie góry: wieża i chata, najprawdopodobniej - schronisko.
U "wujka" Google wyczytałem, że szczyt Lázka jest symbolem północno morawskiego ruch oporu walczącego z nazistami w okresie II Wojny Światowej. W pobliżu schroniska stoi pomnik poświęcony poległym.
Niestety, to tyle, co można na górze zobaczyć, bo drewniana chata turystyczna Reichela z 1933 roku była zamknięta na cztery spusty, podobnie jak wejście na wieżę widokową. Przy schronisku zastaliśmy nieczynny, stary basen z miejscami do wypoczynku. Niegdyś musiał to być naprawdę ciekawe miejsce na relaks po wędrówkach w tej części Sudetów.








































































































Komentarze